ORLANDO WHITFIELD O tym, jak NIKT NIE ROZUMI ŚWIATA SZTUKI.
przyszedłem jako handlarz dziełami sztuki w latach boomu na targi sztuki. Świat sztuki współczesnej zawsze był międzynarodowy, obejmował nierozróżnialne akcenty z rajów podatkowych i niekomercyjne loty, ale pojawienie się targów sztuki na początku XXI wieku zamieniło majestatyczną karuzelę rynkową w niestabilny wir, wirujący od zawsze. szybciej.
Kiedy około 2008 roku zacząłem chodzić na targi sztuki, nie miałem pojęcia, jak istotne staną się one dla rynku sztuki współczesnej, a co za tym idzie – dla mojego życia. W ciągu kilku lat zacząłem wyznaczać swój kalendarz mentalny według Frieze New York (maj) i Frieze London (październik). Podróżowałem do krajów i miast, których inaczej nigdy bym nie odwiedził, a kiedy tam dotarłem, zawsze byłem przekonany, że cały mój lot musi odbyć się w mieście z tego samego powodu co ja. Prawie na pewno nigdy nie było to prawdą, chociaż znajomy dealer opowiedział mi niedawno o zbiorowym jęku, jaki rozległ się, gdy pierwszego dnia targów Art Basel ogłoszono opóźnienie porannego lotu BA z Londynu do Szwajcarii: wszyscy przegapiliby otwarcie uczciwe.
Pomimo łatwo dostępnych dowodów, które temu zaprzeczały, przez wiele lat żyłem w błędnym przekonaniu, że normalni ludzie – cywile – posiadał podstawowy poziom zainteresowań i wiedzy o świecie sztuki. Myślałem, że ludzi obchodzi, kiedy (po raz kolejny) zostanie ustanowiony nowy rekord świata w najwyższej cenie osiągniętej na aukcji przez żyjącego artystę; że ludzie rozumieli różnicę pomiędzy rynkiem pierwotnym i wtórnym; i że ludzie wiedzieć Banksy nie był bardziej artystą, niż Donald Trump politykiem. Zakładałem, że nie tylko sztuka ma znaczenie dla ludzi, ale że wydarzenia w branży – tak to powiedziałem – otaczającej tworzenie i sprzedawanie sztuki oraz docenianie sztuki, interesują także szerszą publiczność. Myliłem się.
Przez ponad dekadę pracowałem w londyńskim świecie sztuki współczesnej i nauczyłem się dwóch rzeczy: po pierwsze, bardzo niewiele osób odwiedza galerie sztuki, a ci, którzy to robią, to na ogół ta sama grupa zagorzałych zagorzałych odkurzaczy darmowego piwa na wernisażach. Po drugie, ludzie często nie rozumieją, czym zajmują się galerie. Najczęstszym pytaniem, jakie mi zadawano, było: „Ach, masz galerię. Czy pokazujesz tam głównie swoją twórczość?” Zawsze dziwiły mnie te rozmowy, ale dopiero gdy przestałam pracować w świecie sztuki i spędziłam trzy lata, pisząc o tym książkę, zadałam sobie pytanie dlaczego.
Częściowo winna jest telewizja. Spektakl za przedstawieniem sztuka współczesna stała się leniwie wstawianym na ekranie symbolem skrajnego bogactwa. Twórcy programów telewizyjnych potrzebowali czegoś, co oddzieliłoby zwykłych posiadaczy od tych, którzy posiadają jachty. Na ekranie kolekcjonowanie dzieł sztuki symbolizuje miejskość i światowe wyrafinowanie. Przede wszystkim jednak jest to synonim pieniędzy.
Może się wydawać, że świat sztuki współczesnej kręci się wokół pieniędzy, przepychu i sztuki, ale w rzeczywistości o to właśnie chodzi dostęp, taki, jakiego nie można kupić za zwykłe pieniądze. To arena przepełnionego snobizmu i przerośniętego ego. To samo rozumie Jesse Armstrong w Sukcesja (2018), kiedy naćpany Kendall Roy (Jeremy Strong) próbuje zainwestować w fundusz artystyczny Dust prowadzony przez dwie zawrotnie modne młode kobiety. Jak prawie każdy, kto kiedykolwiek kupił, oprawił i powiesił obraz w swoim domu, Kendall zakłada, że rynek dzieł sztuki to niezwykle łatwa arena, na której można zarobić pieniądze: „Zasadniczo kupujesz obraz od jakiegoś studenta kierunków artystycznych w piwnicy, Jack podnieś cenę, sprzedaj to jakiemuś szkodnikowi seksualnemu z Morgan Stanley, a ty, ja i student będziemy bogaci. Prawidłowy? … Jestem dupkiem, który może być twoim Warholem”.
Kobiety z Pyłu, oczywiście, widzą prosto przez jego talerzowe źrenice i głęboko w jego korporacyjny brak duszy. Odrzucają jego propozycje, wyjaśniają, że „są zainteresowani zwiększeniem zasięgu młodych artystów… i demokratyzacją sztuki”. Nawet książę Kendall, wraz z miliardami swojego tatusia, zostaje odrzucony przez grawitacyjny snobizm świata sztuki. W końcu prawdziwego bogactwa nie mierzy się w rzeczywistych pieniądzach; to umiejętność odmowy przyjęcia większej ilości pieniędzy.
* * *
W dawnych czasach – zanim „sztuka współczesna” stała się odrębną kategorią nie tylko pod względem marketingowym, ale także jako nowa klasa aktywów obiecująca szybkie zyski – świat mody był miejscem, w którym imprezowali bogaci i niepoważni. Jednak począwszy od YBA, społeczna strona świata sztuki zapewnia stały dopływ świeżego kapitału na rynek. Stało się to powodem, aby latem popłynąć łodzią na Hydrę lub do Miami w grudniu; powód, dla którego jeździsz na nartach w St Moritz i odwiedzasz Londyn w październiku. Ale nie będziesz nadal zapraszany, chyba że będziesz nadal kupować, a kolekcjoner będzie tak dobry, jak jego ostatni nabytek. A będziesz kupować dalej tylko wtedy, gdy wypijesz Kool-Aid.
Zdaję sobie sprawę, że zabrzmię cynicznie – i nie bez powodu – tak jest – ale pozwólcie, że wyjaśnię. Sztuka ma oczywiście znaczenie, ale nie cała sztuka może mieć znaczenie w sposób, jaki świat sztuki upiera się przy swojej racji bytu. Zwłaszcza dla tych, którzy to sprzedają – ale oczywiście także dla tych, którzy to kupują – rynek wymaga dobrowolnego zawieszenia zdrowego rozsądku. Przez lata błyszczące obrazy pand Roba Pruitta cieszyły się dużą popularnością i ludzie wspinali się na siebie, aby kupić obrazy Dana Colena z gumą balonową (dosłownie gumą naklejoną na czyste płótno) za wysokie sześciocyfrowe kwoty. To tulipomaniakalne zachowanie nie było racjonalne; to nawet nie było śmieszne.
Świat sztuki nie ma mieć sensu. To nawet nie ma być zabawą. A czasem trzeba to przetrwać. Weźmy na przykład moment histerycznego przerażenia, gdy uczeń podczas minuty ciszy wpada w oko zabawnemu przyjacielowi. A teraz połącz to z uczuciem przyłapania rodziców uprawiających seks w kuchni, a i tak nie zbliżysz się do poczucia bycia na widowni podczas kiepskiego performance'u. Jest to – zazdroszczę – coś, czego doświadczyło niewielu cywilów, ale w filmie Paolo Sorrentino La grande bellezza (Wielkie piękno, 2013), widzimy parodię tego zjawiska, która jest niezwykle bliska dokładności.
Jesteśmy w ogrodzie, ogród. Nieopodal kobieta w negliżu i gipsie na nodze wije się na szezlongu, śpiewając do letniej muzyki house. Wkrótce kamera ukazuje młodą dziewczynę, około dziesięcioletnie dziecko. Wokół niej i wokół szerokiej prostokątnej przestrzeni z białego płótna gromadzi się szereg rzymskich arystokratów i miłośników sztuki haute coutur. Dziewczyna podnosi puszki z farbą, jedna po drugiej, i w napadzie złości ciska je na płótno, aż ona i płótno tworzą nieodróżnialny bagnisty bałagan. Aristos i Ludzie Sztuki Poważnej stoją wokół z twarzami Po, wpatrując się z powagą w coś, co z pewnością musi być znaczącym momentem, gdy dziecko w wieku przed okresem dojrzewania bezkrytycznie szaleje w farbie. To sztuka jako samodoskonalenie, jak zielony sok lub masaż głębokich tkanek; to nie jest zabawne, ale jesteś pewien, że dobrze ci to robi, w jakiś sposób cię poprawia. Bo szczerze mówiąc, po co inaczej miałbyś to przesiedzieć?
To wysyłanie sztuki performance może wydawać się fantazją, tak jak ma to miejsce w rzeczywistości Kwadrat (2017), kiedy potężny mężczyzna bez koszuli naśladuje małpę w trakcie uroczystej kolacji w muzeum, ale efekt jest znacznie bliższy domu, niż wielu widzów mogłoby sobie wyobrazić. (Wymienianie tu nazwisk byłoby okrutne, ale zapewniam, że zgrzytnąłem zębami stojąc – z jakiegoś powodu zawsze trzeba stać – na widowni takich spektakli.) I tu dochodzimy do sedna sprawy. : ponieważ świat sztuki jest tak odizolowany, że nie można tu siedzieć, jest fajnie, podejmowane przez filmowców, showrunnerów i scenarzystów próby przedstawiania świata sztuki za pomocą naśladownictwa prawie zawsze kończą się fiaskiem. Świadomie lub nie, jedyny sposób, w jaki można z jakąkolwiek dokładnością przedstawić świat sztuki współczesnej, to parodia.
Scena, która po raz pierwszy uświadomiła mi to, pochodziła z nieprawdopodobnego źródła: Beverly Hills Cop. W filmie z 1993 roku detektyw z Departamentu Policji Los Angeles, Axel Foley (w tej roli Eddie Murphy z przepychem komediowym w czasach, gdy nie nosił grubego garnituru) odwiedza galerię sztuki, aby spotkać się z Jenny Summers, dawną miłością. Foley krótko przygląda się instalacji galeryjnej – koszmarnemu zestawowi manekinów Koons-manqué, odciętych głów na obracających się płytach i w tle fragmentu wieży wideo Nam June Paik – i wkrótce zaczyna cicho chichotać do siebie. Podchodzi do niego Serge (Bronson Pinchot), drobny handlarz dziełami sztuki z niewyraźnym europejskim akcentem, którego śmiech Foleya wydaje się jednocześnie wezwany i urażony.
„Jak się dzisiaj masz?” – pyta z kokieteryjną pewnością.
„Cześć” – odpowiada Foley, najwyraźniej wciąż nie mogąc otrząsnąć się po spotkaniu z instalacją.
„Wszystko w porządku, mam na imię Serge i w czym mogę pomóc?”
Kiedy Foley mówi Serge’owi, z kim ma się spotkać, krupier szybko mu się przygląda i mówi z udawanym przepraszaniem: „Jest dzisiaj bardzo zajęta. … I czego to dotyczy?
Po wezwaniu asystenta galerii i zwięzłym wysłaniu go na poszukiwanie byłej Foleya, Serge wkracza do akcji: „Widzę, że patrzysz na tę pracę” – mówi wiodącym tonem.
„Tak, zastanawiałem się” – pyta Foley – „ile kosztowało coś takiego”.
„130,000 XNUMX dolarów” – brzmi odpowiedź.
„Wypierdalaj stąd!”
„Nieee, nie mogę” – zawodzi Serge. „Nie mogę. Sprawa jest poważna, ponieważ jest to bardzo ważny element.”
„Czy kiedykolwiek sprzedałeś jeden z nich?”
„Sprzedałem go wczoraj kolekcjonerowi” – odwarkuje Serge z powagą, zanim Foleya ratuje pojawienie się kobiety, z którą przyszedł się spotkać.
Może się to wydawać najczystszą komedią, farsą wymyśloną przez kogoś, kto ma najbardziej absurdalne pojęcie o galeriach sztuki, ale delikatnie potraktowane solecyzmy Serge'a i jego przekonanie o znaczeniu instalacji uderzają w prawdziwszy akord niż prawie jakikolwiek inny obraz świata sztuki, jaki kiedykolwiek widziałem kiedykolwiek spotkałem. Doskonale oddaje nieskrępowaną próżność i poczucie własnej wartości świata sztuki. Zakładam, że dokładność była niezamierzona, ale może to być po prostu najlepszy filmowy błąd, jaki kiedykolwiek popełniono.
Geoff Dyer naprawdę dociera do sedna sprawy w swojej powieści pt. Jeff w Wenecji, śmierć w Varanasi (Winek, 2009). Przeczytałam ją mniej więcej w czasie, gdy zaczynałam pracować w świecie sztuki. Wiedziałem, że to miało być zabawne (i rzeczywiście było), ale uderzyło mnie również to, jak Dyer doskonale przebił szczególny, osobliwy absurd świata sztuki. Dziennikarz Jeff Altman zostaje wysłany do Wenecji, aby pisać o Biennale w Wenecji, ale zajmuje się bardzo mało sztuką, a zamiast tego daje się zjeść darmowym Bellinim, zjada tyle darmowych arancini, ile tylko może i uprawia dużo seksu z Laurą, handlarką dziełami sztuki z Los Angeles. W vaporetto w drodze do Kolekcji Guggenheima ma przypadkowe spotkanie: Jeff udając się na przód łodzi, mija Richarda Wentwortha w panamskim kapeluszu i niebieskiej koszuli w paski, wyglądającego, jakby grał w filmie telewizyjna adaptacja powieści o artyście będącym jednocześnie jednym ze szpiegów z Cambridge.
„Myślę na cały tydzień” – mówi Wentworth, gdy Jeff się przeciska. "Sztuka świat, muzyka biznes. Co nam to mówi?”
Moim zdaniem mówi nam prawie wszystko, co powinniśmy wiedzieć.
Orlando Whitfield to nieudany handlarz dziełami sztuki. Pisał dla Sunday TimesThe Paryż Recenzja i Biała recenzja. Jego wspomnienia ze świata sztuki, Wszystko, co się świeci: opowieść o przyjaźni, oszustwie i sztukach pięknych, ukaże się nakładem Profile Books w maju 2024 r.